SMOLNET PORTAL home about changes

Mowa moja powszednia


Otwieram usta,
już pusta z nich leci mowa,
słowa bez znaczenia,
tony nieharmonijne i fałszywe brzmienia.
Zwierzęcych naprężeń to wentyl co spuszcza smrodliwe powietrze.

Głowa śpi jeszcze,
już,
wciąż od nowa.

Czy ranią me słowa, czy raczej leczą rany?
A jeśli ranią, to czy jak sidła zdradliwe,
czy skalpel wprawną ręką wiedziony?
A jeśli leczą, to czy prawdziwie,
czy uwięzioną tkankę zepsutą
tuż pod powierzchnią tają?

I jeśli czasem perłę mój język urodzi,
to w splotach słów ciepłych i miękkich podaną,
czy godzi ona w bliźniego jak ząb wypluty
i chrzęści, zgrzyta, szkodzi?

Gdy jestem zmęczony,
gdy roztargniony,
gdy spraw mam wiele na głowie,
co komu po moim słowie?

Milczenie jest złotem,
gdy w porównaniu słowo, co z ust wychodzi
szlamem ocieka zatęchłym.

Lecz nikczemnością (jest),
gdy strach tym samym błotem
usta knebluje,
a cisza zwodzi przez zaniedbanie.

Niech raczej piękno się stanie!

Czy w słów powodzi,
czy w ciszy,
ono wybrzmieć może!

Krzykiem są, czy milczeniem wielobarwne zorze?



_____

poetry / poezja
deerlog
contact / kontakt
Response: 20 (Success), text/gemini
Original URLgemini://rawtext.club/~deerbard/poetry/2024-01-27-mowa.gmi
Status Code20 (Success)
Content-Typetext/gemini; charset=utf-8; lang=en